Brawyndy styndy

Brawyndy styndy

Każdy miłośnik poznańskiej gwary,
Wie, kto to Kubel i Stary Marych.
Zna Kaczmaryszka, wie, kto to Biniu.
Więc czasu nie ma, bym o nich liniuł.
Bo tak po prawdzie, to się waguje,
By ktoś mi nie truł, że się staluję.
Trzeszczę trzy po trzy i gadam piyrdy,
Na szagę hycam, jak baba w dyrdy.
Gadam, jak umiem i choć się staram,
Mówić po polsku – wychodzi gwarą.
A gwara to jest niepowtarzalną
Tożsamość nasza rycht regionalnąa.
A to prawdziwy powód do dumy.
Przetrwała Niemców, rządy komuny.
Przez co możemy dziś mieć się z pyska,
Że ta tradycja jest, tak nam bliska.
I gdyby ktoś chciał drwić z tego, szydzić,
Powiem: – nie mamy czego się wstydzić.
Zaś to, co pozostawił nam ojciec,
Jest sercom naszym bliskie, bo swojskie.
Więc nie ma sensu wiarze tłumaczyć,
Co ryczka, bana, czy tytka znaczy,
Kto po naszymu gadać nie umie,
Jak mnie posłucha, ździebko zrozumie.
My na fasolę gadamy szabel,
A skok po jabłka przez płot to szaber.
I nie wiedziały tego szaranki,
Jak szły na glupki, czy świętojanki.
Zaś każdy stary wie, że fest boli
Bebech, gdy w smaku ktoś, coś przesoli.
– Policjant, to „szkieł” z kluką glinarza,
Na węch wyczuwał – zapach świniarza,
Zaś świniarz – z Perzyn, co tu ukrywać,
Salache istną, zaczął podrywać.
Siadał wieczorem pod Bożą Mękę,
Pitololił dla niej rzewną piosenkę.
Co ta fujara śpiewał dziewczynie,
Że kocha ją tak, jak swoje świnie.
Dzieciary chować umiała babcia.
Dyrdała wszędzie za nimi w laczkach.
Dziś dla niektórych męka – udręka,
Bo trzeba cuda i fiksmatynta
Różne wystwarzać i stroić ryfy,
Bo, na łogary trzeba znać knyfy,
Umieć się mizdrzyć, kielczyć, szplinować,
Giglać po piętach, w pępek całować.
Miauczeć jak kotka, jak kejter szczekać,
Żeby nie beczał, a się uśmiechał.
Bez to, jak dziecko się gdzieś urodzi,
To, choć nie chodzi, wie, o co chodzi.
My się „Pyrlandii” – nie wypieramy,
A te tradycje już we krwi mamy.
Bo wszystko dobre, jak mawiał ojciec,
Co sercu bliskie, co nasze – swojskie.
Rozmyślał o tym parę lat temu
Z rodziny Górnych najstarszy – Heniu.
Kiedy się spotkał z bratem Bogdanem,
Pobrawendzili długo. Nad ranem.
Gdy mieli wypić – kolejną kawę
To wyłożyli sprawę na ławę.
Gadali sobie: „Czasy są głupie,
Więc „sztamę” łatwiej jest trzymać w grupie.
By móc osiągnąć życiowe cele,
Zgrajmy się razem. – Mając kapelę.
Zza winkla można patrząc na życie,
Słabostki ludzkie podglądać skrycie”.
Czy się udało? Trudno ocenić.
Profilu swego nie chcemy zmienić.
Dajemy ludziom z miasta i wioski
Lek na kłopoty, znikają troski.
Choć walka o byt myśli rozprasza,
Śmiech zdrowia doda – oto broń nasza!
I po to przeszłość podtrzymujemy
Bo dla przyszłości zachować chcemy.
Ze zalet więcej mamy, niż wad,
Gramy tak razem trzydzieści pięć lat.
Tyle lat, a duch w nas – nic nie gaśnie,
Gwiazda zaś nasza świeci – ciut jaśniej!